
RELACJE
W czasie każdego wyjazdu dzieje się wiele, i przelanie tych wszystkich chwil na papier jest nie lada wyzwaniem. Wszystko da się opisać, jednak nigdy nie osiągniemy efektu choćby zbliżonego do zamierzonego. Nie oddamy kolorytu, dźwięków i atmosfery. Zdjęcia – magiczne zatrzymanie chwili- pomagają stworzyć relację, która pomoże nam przenieść się w zupełnie inną czasoprzestrzeń. Zapraszamy do lektury!
"Każda wyprawa zaczyna się na długo przed tym, zanim człowiek znajdzie się u stóp góry i po raz pierwszy z zachwytem, lekkim niedowierzaniem i ogromnym zapałem na Nią spogląda. Tak było i w tym przypadku, można śmiało rzec, że nasza wyprawa na Pik Lenina rozpoczęła się latem 2010, gdy w doskonałej formie zdobyliśmy dwa kaukaskie pięciotysięczniki: Kazbek (5047m n.p.m) oraz Elbrus (5642 m n.p.m). Ośmieleni niewątpliwym sukcesem, postanowiliśmy za rok sięgnąć wyżej, dlatego, jak wielu przed nami, naturalną koleją rzeczy wybraliśmy „najłatwiejszy siedmiotysięcznik” – Pik Lenina (właściwie Pik Awicenny – nomenklatura gór byłego Związku Radzieckiego charakteryzuje się zmiennością, być może za kilka lat ktoś nada górze inne, nowe, imię. W tym przypadku, nie zważając na biurokrację, nazwa Pik Lenina znalazła swoje stałe miejsce w żargonie wspinaczy)."
"Jeszcze cztery dni! Dziś kilka godzin przed komputerem i na telefonie, żeby załatwić dostęp do pokoi zimowych z napisem AV-Schloss. Po kilku godzinach okazało się, że jesteśmy w sekcji Alpenverein Austria. Dobre i to, choć w chwili obecnej, jeszcze nic nie wiadomo – czekamy na wiadomość. Miejmy nadzieję, że uda się załatwić tak, że ktoś przekaże nam ten klucz wieczorem we Wiedniu. Ciekawe, czy ktoś na to pójdzie :) Jeszcze jutro zaliczenie i zostaną dwa egzaminy i obrona. Tyle jeszcze do zrobienia. Jutro Dzień Mamy."
"Gryfino. Komin. Platforma na około 180 metrze. Rozmowa piątki pracowników wysokościowych o planach wyjazdu na 11 listopada w Tatry w celu spotkania się z całą ekipą i przedyskutowania kwietniowego wyjazdu na Demawend. Efekt rozmowy zaskakujący: w czwartek wieczorem jedziemy do Włoch zdobywać szczyty Monte Rosy… Z Michałem nie mamy w Gryfinie sprzętu - telefony do rodziców – lista rzeczy długa. Jesteśmy z Michałem pełni obaw, czy uda się naszym mamom spakować to, co potrzebujemy. Każde z nas najbardziej lubi pakować się samemu. Trzeba zaufać!"
"Piątego lutego narodziłam się na nowo – ponownie, po latach przerwy, wkroczyłam na tak dobrze znaną mi z dzieciństwa górską ścieżkę. Krok po kroku odnawiałam mój kontakt z górami, by wreszcie dwudziestego szóstego lipca, po miesiącach planowania i przygotowania, wyruszyć na pierwszą tak poważną górską wyprawę.Cel był jasny – zdobycie dwóch kaukaskich pięciotysięczników. Znani byli również towarzysze – dziewięciu ludzi pochodzących z różnych zakątków Polski, zjednoczonych miłością do gór. Nie myśleliśmy o tym, że mamy do pokonania blisko osiem tysięcy kilometrów, a w czasie naszej podróży spotkamy tak wielu wspaniałych, interesujących ludzi. Bagaż obrazów, doświadczeń i wspomnień, który przywieźliśmy ze sobą, przerósł nasze najśmielsze oczekiwania i jest bez wątpienia bezcenny. Ale po kolei…"















