
POLISH HALLOWEEN EXPEDITION
Gryfino. Komin. Platforma na około 180 metrze. Rozmowa piątki pracowników
wysokościowych o planach wyjazdu na 11 listopada w Tatry w celu spotkania się z całą ekipą
i przedyskutowania kwietniowego wyjazdu na Demawend. Efekt rozmowy zaskakujący: w
czwartek wieczorem jedziemy do Włoch zdobywać szczyty Monte Rosy… Z Michałem nie
mamy w Gryfinie sprzętu - telefony do rodziców – lista rzeczy długa. Jesteśmy z Michałem
pełni obaw, czy uda się naszym mamom spakować to, co potrzebujemy. Każde z nas
najbardziej lubi pakować się samemu. Trzeba zaufać!
Paczki zostały dostarczone. Siedzimy na łóżku i rozpakowujemy kartony, niczym
najwspanialsze prezenty gwiazdkowe. Skaczę po łóżku, jak pięciolatka, która dostała
najpiękniejszą lalkę – czekan, kask, stup tuty, raki doskonale ją zastępują!!!
Humoru brak. Oprócz skradzionej kasy, zaginął również mój aparat… Rano zawieźliśmy rzeczy
do kierownika, jeszcze tylko kilka godzin pracy i jedziemy. 15:00 - fajrant. Uciekam szybko
do szatni, biorę prysznic, zanim zbiorą się chłopcy. Grześ z Michałem czekają niecierpliwie
przed kontenerem i ruszamy na zakupy, potem jakieś piwko, podróż pociągiem do Szczecina,
wreszcie spotkanie z Siwym i Wołkiem. Zakupy w Auchanie, tankowanie. Michał z Wołkiem
prowadzą na zmianę, a my (Grześ, Siwy i ja) regularnie upominamy się o postoje, na których
oprócz załatwienia potrzeb fizjologicznych, tańczymy, śpiewamy i organizujemy mini-sesje
zdjęciowe…
Nieśmiało unoszę powiekę i oczom mym ukazują się malownicze Alpy. Jesteśmy w Szwajcarii.
Powoli krajobraz zmienia się i wjeżdżamy na równinę, gdzie po piętnastu godzinach jazdy
dojeżdżamy do włoskiej Alagny. Gór nie widać na horyzoncie…. Ciężko stwierdzić, czy w
takiej sytuacji lepiej śmiać się, czy płakać.
Zmęczeni siadamy przy zaparkowanym na
poboczu drogi aucie, raczymy się kiełbasą z
dzika i innymi specjałami. Wołek wprowadza
Alagne po raz kolejny to GPS’a… na szczęście
ta do której powinniśmy byli dotrzeć
oddalona jest tylko o około 120 kilometrów
od Alagny do której doprowadził nas
„niezawodny” GPS. Po drodze robimy zakupy
w Mediolanie – Wołek zostaje szczęśliwym
posiadaczem czarnego czekana, którym
wywija na wszystkie strony, a Michał z
satysfakcją dzierży w ręku mapę.
Po dwóch godzinach dojeżdżamy do małego, uroczego miasteczka, gdzie wypakowujemy
wszystko na parkingu, ubieramy się i szykujemy do drogi. Pogoda jest fantastyczna,
wystawiamy buzie do słońca, łapczywie łapiąc energetyzujące promienie. Zasięgamy
informacji w punkcie turystycznym. Niestety prognoza pogody nie jest optymistyczna,
jednak, jak zwykle nie zrażamy się i po pertraktacjach, dyskusjach i próbie zmniejszenia chęci
Michała do parcia w górę przez Siwego („Michał, napij się trochę!”) ruszamy w stronę kolejki.
Jak na złość okazuje się, że kolejka zostanie uruchomiona na początku grudnia, więc musimy
pokonać całą trasę pieszo. Po niecałej godzinie żmudnego podejścia dochodzimy do
pasterskich domków, gdzie w szopie szykujemy legowisko. Przed klasycznymi, malowniczymi,
drewnianymi budynkami przygotowujemy kolacje, w czasie której towarzyszy nam uroczy
świstako-kot. Siwy bardzo szybko wpada w objęcia Morfeusza, wkrótce dołącza do niego
Michał. Krążąca butelka żółtej wody ognistej trafia do Siwego, który rozbudza się i do późnej
nocy świętujemy przyjazd w Alpy i pijemy za udaną wyprawę.
Pobudka, śniadanko, ruszamy w drogę, powoli i nieco opornie, jednak z każdym krokiem
ciało przyzwyczaja się do tak dobrze znanego mu wysiłku, do ciężaru niesionego dobrowolnie
na plecach, do strużek potu regularnie spływających po plecach, do chwil bezdechu
spowodowanych zimnem i wysiłkiem. Dochodzimy do granicy śniegu i klucząc między
kamieniami szukamy szlaku. Popołudniem dochodzimy do schroniska. Szybko ściągam buty i
zakopuję się w stercie koców, ZIMNO!!! Michał przygotowuje ciepłe napoje i obiadek.
Raczymy się Wołkowym specjałem – spirytusem z chilli, cytryną – sądzę, że gdybym
spróbowała podpalić mój oddech bezpośrednio po spożyciu tego trunku zionęłabym niczym
smok wawelski. Późnym popołudniem ruszamy w dalszą drogę. Znajdujemy poręczówkę i
pniemy się w górę. Ściemnia się – Michał z Siwym prowadzą, wszyscy wyszukujemy na
wystających kawałkach skał oznaczeń. W oddali słyszymy warkot turbiny, postanawiamy iść
w stronę dźwięku. Ciemną nocą, otuleni mgłą stajemy na Punta Indren (3260 m.n.p.m.)
W oddali majaczy sylwetka stacji kolejki. Szybko znajdujemy Winteroom – małe
pomieszczenie, do którego szczelinami wpada śnieg. Michał z Siwym obchodzą budynek i
przez drzwi na tarasie dostają się do środka. Niepokoi nas zapalone światło w środku
budynku, jednak zmęczenie i wszechogarniające zimno sprawiają, że nie wahamy się i przez
okno wchodzimy do budynku. Znajdujemy dużą salę w której są materace, stoliki, krzesła i to,
co najbardziej mi się podoba - kominek. Pijemy gorącą herbatę, Wołek zaczerpnąwszy łyka,
rzece: „tego mi było trzeba,” po czym pada ze zmęczenia, jak mucha. Chłopcy rozpalają ogień
w kominku i do drugiej w nocy ogrzewamy się, planujemy, komentujemy. Mam tylko
nadzieję, że nie tylko mnie tak bolą uda i nie tylko ja odczuwam takie zmęczenie. Zasypiam
natychmiast po przyłożeniu głowy do dmuchanej poduszki.
Kolejny dzień wstajemy późno, jemy ciepłe kabanosy i zbieramy się do wyjścia. Cel ambitny –
schron Balmenhorn, a przynajmniej Gnifetti. Na dworze szaleje wiatr, pada śnieg, zapadamy
się po kolana w świeżym puchu. Złośliwe zmrożone płatki śniegu uderzają w nasze twarze i
robią wszystko, abyśmy nie widzieli dokąd idziemy. Kaptury kurtek mamy tak dokładnie
zawiązane, że widać tylko oczy. Góry spowija mgła, nagłe podmuchy powietrza rozwiewają ją
i w ten sposób orientujemy się gdzie jesteśmy i w jakim mniej więcej kierunku mamy
podążać. Mamy do pokonania około 250 metrów przewyższenia i według znaków można tę
trasę zrobić w około półtorej godziny. Po czterech godzinach monotonnej walki
organizujemy małe zebranie, na którym jednogłośnie podejmujemy decyzję o powrocie do
stacji kolejki. Nie wiemy gdzie może być ten schron, w pionie weszliśmy o dużo wyżej, niż
powinniśmy i być może ten schron jest gdzieś tuż, tuż, jednak nie warto ryzykować.
Napadało zbyt dużo śniegu, za chwilę ściemni się, więc po prostu czas wracać.
Wbrew pozorom droga powrotna nie jest łatwiejsza, niż ta. Którą pokonaliśmy idąc w górę.
Ślady nasze zostały już praktycznie zawiane i od nowa torujemy. Po ponad dwóch godzinach
docieramy do stacji kolejki, gdzie dzielimy się obowiązkami i każdy zajmuje się swoim
zadaniem. Będąc daleko od domu, wszelkiej cywilizacji, w zimnie, zawiei, odosobnieniu
człowiek ma potrzebę stworzenia choć namiastki tego, co zostawił za sobą. Szukamy drewna
do kominka, aby móc ogrzać się, wysuszyć rzeczy. Ogień daje poczucie bezpieczeństwa,
pewność że się nie zamarznie, możliwość roztopienia śniegu do picia. Szykujemy kolację, po
której siadamy przy kominku i w blasku świec i światełek czołówek czytamy na z podziałem
na role „Dziady cz. IV” (miały być II, ale pomyliłam się…) Grzechu – Pustelnik sprawia, że
przenoszę się do izby, w której dzieje się akcja, do innego świata, na pogranicze życia i
śmierci, ciarki przechodzą po plecach, a w głowie pojawia się tysiące myśli… Nieziemski
klimat.
Potem gramy w kalambury. Umieramy ze
śmiechu, hasła wymyślne, trudne, a
zdolności pokazujących zaskakujące! Na
koniec pogawęda z Grzegorzem przy
kominku.
Wstajemy po raz pierwszy bladym świtem i zauważamy małego, białego gronostaja, który z
niezwykłą gracją porusza się po pomieszczeniu. Jest śliczny! Za oknem niepokojący widok,
napadało z 1-1,5 metra śniegu. Wychodzę na taras i brnę do pasa w białym puchu.
Postanawiamy, że zejdziemy stokiem narciarskim. Powinno być łatwiej, niż drogą, którą
przyszliśmy. Jestem pełna optymizmu, myślę sobie, że raz-dwa zejdziemy, przecież stokiem
schodzi się szybko, tak jak ze Szrenicy, tylko, że wyżej, jedynie Grześ wyraża zaniepokojenie i
wątpi, że uda nam się zejść w ciągu jednego dnia. Hm… przesadza z pewnością! Nie ma nic
prostszego od schodzenia w dół, przecież nachylenie stoku sprawia, że można biec, turlać
plecak i szybko to powinno pójść. Nie raz tak się schodziło! O naiwności! Nie mogłam się
bardziej mylić! Wyskakujemy przez okno. Zapadamy się po pas w śniegu, ciężko zrobić krok.
Zaczynam prowadzić, jednak po chwili jestem już tak zasapana, że puszczam chłopaków
przodem. Walka o każdy krok. Dookoła biało – śnieg zlewa się z mgłą, od czasu do czasu
jedynie odsłaniają się jakieś górskie zbocza i dzięki temu nie tracimy orientacji w terenie…
Schodzimy ostro nachylonym stokiem – zapomnij o zjeżdżaniu na dupie!!! Nie da się,
brniemy po pas, momentami po pachy w śniegu – cały czas pada… Stoję próbując wypatrzeć
we mgle, jakiegoś punktu, na który możemy się kierować i nagle tąpnęło pode mną. Głuchy,
złowrogi odgłos, jakby grzmot, zadrżały nogi, drgania przeszły na czekan… nie jest dobrze. Na
szczęście nie jest stromo, więc w razie wypadku… nie pojedziemy daleko. Siwy traci animusz,
wycofuje się, idzie sto metrów za nami. Po kilku godzinach schodzenia, na moment mgła
zostaje rozwiana i oczom naszym ukazuje się tragiczny widok – stacja kolejki jest nad nami –
mogliśmy w tym czasie zejść około 100-150 metrów w pionie, a do pokonania mamy 800. Nie
jest wesoło.
Prowadzę i dochodzę do
podciętego zbocza, wycofujemy się. Jest około siedemnasta. Mimo chwilowych protestów
Michała podejmujemy decyzję o kopaniu jamy. Argumenty za są przeważające - lada
moment się ściemni, jesteśmy zmęczeni, widoczność wciąż jest zerowa, teoretycznie jutro
ma poprawić się pogoda. Chłopcy konstruują nasz nowy dom, a ja odgrzewam Wołkową
wodę z Pluszzem, robię herbatę do termosów, a w myślach marzę tylko o tym, żeby uwinęli
się szybciej, ponieważ tak bardzo chce mi się spać. Nocleg w jamie nie wydaje mi się niczym
nadzwyczajnym, ot… kopiemy dziurę, nakrywamy ją folią, wchodzimy do śpiworów i płacht
biwakowych i śpimy. Nie ma najmniejszego powodu do paniki, spokój i opanowanie.
Doświadczenie w górach to chyba najcenniejsza rzecz. Mając w pamięci nocleg z Michałem
na via ferracie, czy po zejściu z Kazbeka w prowizorycznej jamce, wiem, że taka sytuacja nie
stanowi zagrożenia dla życia i spokojnie można ją przeżyć! Lokujemy się w jamie, zapalamy
skręcone przez Grzesia papierosy z tytoniem jabłkowym i po chwili nie widzimy siebie
nawzajem. Wołek rozkłada się na całej długości jamy, Michał leży z nogami wyciągniętymi na
zewnątrz, a my w trójkę walczymy z podkurczonymi nogami i pojawiającymi się – na
szczęście rzadko – skurczami. Siwemu wypada bark – nie mam pojęcia, jak mu pomóc, gdy
słyszę bolesne pojękiwania, jednak Grześ uspokaja i mówi, że Siwy zraz sobie poradzi. Na
szczęście - tak jest! Jemy kromki z pasztetem, popijamy gorącą herbatą. Nie jest źle.
Zasypiamy, chrapiąc w niebogłosy ( ja na pewno…) W nocy pobudka – konstrukcja nie
wytrzymała i świeży puch spada na Grzesia, Siwy pomaga mu wyjąć kawałki śniegu zza kurtki
i naprawiają konstrukcję. Nad ranem Wołek idzie sikać, nieuważnie uszkadza konstrukcję i po
Az kolejny Grześ zostaje zasypany śniegiem… Wołek niczego nie zauważa i kładzie się spać.
Wstajemy o świcie. Śniadanie, pakowanie, sesja z jamą. Myślałam, że będę bardziej
niewyspana, ale jest nienajgorzej. Pogoda poprawiła się – przestało padać, poprawiła się
widoczność, jednak śniegu jest więcej, niż wczoraj. Obieramy za cel jakiś słup od kolejki – jest
wymurowany i dosyć duży. Zakładamy, że dojście do niego powinno nam zająć nie więcej, niż
jakieś pięć godzin. Torujemy na zmiany, do momentu, gdy dochodzimy do urwiska – Grześ
zrzuca plecak, który odbijając się od zbocza, spada daleko w dół. Jest stromo!!! Trzeba
jednak tędy zejść. Dodajemy sobie otuchy słowami Himilsbacha: „Co się panu może w
śniegu stać: miękkie to, białe. Zjedziemy i będzie dobrze!” Grześ chwyta linę, a my
asekurujemy go „z ciała.” Gdy jest już na dole, zrzucam plecak ze skarpy i ruszam w drogę.
Bezpiecznie schodzę i zjeżdżam po niezbyt związanym z podłożem śniegu. Docieram do
Grzesia, puszczam linę i krzyczę „wolna.” Wołek schodzi i po chwili ku naszemu zdziwieniu
wraz z liną zjeżdża – porywa go lawinka – cały czas Wołek siedzi na górze i zjeżdża niczym
król. Co się stało? Chłopaki puścili linę! Michał zrzuca plecak i wszystko z niego odpada – raki,
kijki, łopata, karimata. Bez problemów schodzi i dołącza do nas. Siwy po chwili decyduje się
na zejście, jednak inną trasą. Siadamy na plecakach i postanawiamy odpocząć dłużej.
Chłopaki włączają komórki i dostają mnóstwo wiadomości (Grześ wygrywa – 18). Wszyscy
nas szukają i się martwią, bo na Glocku zginęło trzech Polaków, a na Hawraniu, jakaś
Słowaczka. Mama Michała szuka informacji o nas u wszystkich możliwych bliższych i dalszych
znajomych… Zdziwieni jesteśmy, choć prawda jest taka, że w niedzielę meldowaliśmy się po
raz ostatni – nie było zasięgu!!! Rodzice doskonale wiedzą o tym, jednak w sytuacji, gdy
media nagłaśniają intensywnie wypadek nic dziwnego, że pojawia się ziarnko niepewności i
niepokoju – a wyobraźnia może podsuwać najgorsze scenariusze: zimno im, nie mają co jeść i
pić, wpadli w szczelinę, spadli ze szlaku itd. Uspokajamy ich, prosimy o poinformowanie
wszystkich i ruszamy w dalszą drogę – słup wydaje się być niedaleko. Jakież to złudne!!!
Brniemy, wpadając po szyję w biały puch. Mordęga, jednak nie mamy wyjścia trzeba iść. Nie
staniemy i nie będziemy płakać, bo nie czas na to i miejsce. Po kilku godzinach Grześ
decyduje o zmianie taktyki – razem z Siwym i Michałem torują na szybkie zmiany – robią po
kilka kroków i się zmieniają, tak aby dość dziś choć do tego słupa. Przykro mi, że zostaję
pominięta. W końcu, po całym dniu (około dziesięciu godzinach) docieramy do słupa…
Chłopaki oglądają panoramę, a ja wdrapuję się do słupa. W środku widok przerażający –
dosyć duże pomieszczenie, zawalone drewnem i jakimiś blachami, obok klatka schodowa i
zewsząd kapiąca woda… Uciekam na zewnątrz. Wołek z Siwym dzwonią do ubezpieczalni
celem sprowadzenia do nas helikoptera… okazuje się, że wygasło im już ubezpieczenie, akcja
z helikopterem jest niemożliwa, ponieważ nikomu nic się nie stało… można wzywać, ale
chyba do końca życia nie wypłacilibyśmy się. TOPR też nie chce pomóc.
Pozostaje tylko jedno rozwiązanie – musimy przeczekać w słupie. Wołek przemoczony,
śpiwory i płachty mokre – to będzie o wiele cięższa noc, niż poprzednia. Kolejna „najgorsza
noc” w życiu Wołka. Chłopcy idą organizować nocleg w słupie, ja nie mam najmniejszego
zamiaru tam iść. Mokro, nieprzyjemnie – za żadne skarby. „Dorota, Dorota, Dorota chodź tu!
Dlaczego nie idziesz? Chodź!” takie nawoływania utwierdzają mnie w przekonaniu, że tam
nie pójdę. Stoję, coraz bardziej poirytowana i podziwiam przepiękną panoramę. NIE PÓJDĘ!
ODWALCIE SIĘ I DAJCIE MI SPOKÓJ! – myślę sobie. Po chwili przychodzi Grześ: „Pójdziesz ze
mną?” Nie sposób odmówić. Wołek z uporem maniaka postanawia rozpalić ognisko. W
stercie śmieci znajdują jakiś agregat i wytrzepują z niego resztki ropy. Wołek z
namaszczeniem układa stosik z malutkich kawałków drewna na kawałku blachy. „Vesel Anye!
Ogień zajaśniał, płomień zamigotał, strzelił w górę”… Wołek stał się spokojniejszy, ciepłe
kolory ogniska rozświetliły pomieszczenie, dodały otuchy, ciepła niekoniecznie. Chłopcy
zastawili drzwi wejściowe, zostawiając otwarte miejsce tak, aby dym mógł swobodnie
wydostawać się na zewnątrz. Ku naszej irytacji, przez większość czasu dym nie uchodził na
zewnątrz, lecz pozostawał wewnątrz – bezczelnie dostając się do naszych oczu i płuc.
Koszmar. Zasłaniamy buzie, zamykamy oczy i siedzimy na ławce z drabiny (chłopcy położyli
na szczeble deski i karimaty). Jest fatalnie, niewygodnie, dym, zimno, niewygodna pozycja.
Trzeba jednak doczekać do rana. Zasypiam, wsparta na Grzesiowych kolanach. Jakieś
zamieszanie – przesypiam. Zimno jednak daje szybko znać o sobie i nie pozwala dłużej spać.
Otwieram oczy – ognia nie ma – okazało się, że dym był już tak żrący, że musieli wynieść go
na zewnątrz. Wołek nie śpi – trzy godziny do świtu. Wołek ponownie szuka drewna, aby
rozpalić nowe ognisko, ja postanawiam znowu topić śnieg do termosów – szans na ponowne
zaśnięcie – brak! Pozory – zasypiam pomiędzy wkładaniem kolejnych porcji śniegu do
czajnika… Chłopaki wysuszyli wszystkie ubrania. Wołkowa odzież – strzępach –
błogosławionaś szara taśmo!
Świta… wychodzę na zewnątrz. Wschód słońca – zarys delikatnych chmur na horyzoncie,
oświetlanych nieśmiało przez pierwsze promienie słońca robią niewypowiedziane wrażenie,
patrzę jak zaczarowana, jak słońce powoli, kolejno muska kolejne szczyty. Doskonale znam
ten widok, jednak za każdym razem jestem zafascynowana kolejnym początkiem dnia, który
daje tak wiele możliwości.
Mróz delikatnie szczypie w policzki, stacja kolejki do której mamy dojść wydaje się być „tuż,
tuż”… Nauczona doświadczeniem stawiam jednak, że dojście do niej zajmie nam około pięciu
godzin… Śmierdzimy jak wędzone węgorze… czuję spaleniznę w nozdrzach, tak, jakbym
miała je wypalone. Powoli ruszamy w drogę. Musimy obejść wielki dół, zatem czeka nas
podchodzenie i trawers zboczami. Na powierzchni śniegu utworzyła się skorupa, jednak jest
ona zbyt cienka, aby nas utrzymać, więc wciąż brniemy w śniegu po pas.
Po ponad czterech godzinach „marszu” stacja kolejki wydaje się być naprawdę na
wyciągnięcie ręki. Jesteśmy bardzo zmęczeni. Oczy zamykają się, włączają się radia w
głowach, słychać różne odgłosy. Chłopaki mówią, że pani Ani z ubezpieczalni obiecała ratraki
i pięć skuterów, więc przemy na przód. W czasie ostatnich dwóch dni wymyśliliśmy tysiące
sposobów na chodzenie w tak głębokim śniegu. Teraz postanawiamy po raz kolejny zmienić
taktykę: turlamy, bądź rzucamy plecaki przed siebie, potem czekan i na kolanach, jak
raczkujące berbecie, lub czołgając się niczym komandosi pokonujemy kolejne metry. Z tyłu
wygląda to, jak urocza zabawa grupki dzieciaków, jednak dla nas przypomina to bardziej
ucieczkę uchodźców z jakiegoś obozu. Walka o każdy metr! Wreszcie dochodzimy do ściany
budynku. Zajęło nam to ponad pięć godzin. Chyba będziemy tu spać, ponieważ, jak
zdecydujemy się na dalszą wędrówkę w takich warunkach grozi nam kolejny nocleg w śniegu,
a tym razem mogłoby być już naprawdę bardzo ciężko… „Wołek! Wołek! Wołek! Podaj mi
czekan! Woooooooooooołek!” – zero reakcji. Zasnął siedząc na plecaku! Grześ podaje mi
czekan i za Michałem obchodzimy stacje kolejki. W pewnym momencie krzyk Michała!
„Wyratrakowany stok, ale jaja!” W życiu nie uwierzę, dopóki nie zobaczę!!! Jest rzeczywiście!
Ulga, krzyki, przytulanie! Michał z Siwym wchodzą do budynku, a my podziwiamy panoramę,
po chwili dochodzi do nas Wołek, który obudził się, jak wpadł do śniegu i zaniepokojony
naszą nieobecnością poszedł nas szukać. Podobnie, jak my nie wierzy własnym oczom!!! Nie
ma sensu wracać po plecaki. O wiele bardziej opłaca się wciągnąć je z jednej strony stacji na
trzecie piętro, przenieść je i spuścić je po drugiej stronie. Po udanej operacji przenoszania
bagaży, jemy resztki jedzenia, podziwiamy leżącą w dole Alagne i otulone śniegiem
wierzchołki otaczających nas gór. Słońce ogrzewa nas, znowu jest bezpiecznie, błogo.
Chłopcy znajdują płyty plexi i na nich postanawiają zjechać, Wołek znajduje również jakiś
kawałek plastiku, jednak szybko się zniechęca i niemalże truchtem zbiega na dół. Wraz z
Grzesiem zamykamy pochód.
Po niedługim czasie
dochodzimy do Alagny, gdzie rozsiadamy się na chwilę przy chatkach, w których spaliśmy w
drodze w górę. Papierosek i dalej. W małym uroczym sklepiku kupujemy słodycze do
przegryzienia, normalne (nie jabłkowe) papierosy i niezgorsze włoskie piwo. Przemiła pani ze
sklepu sportowego pomaga nam znaleźć nocleg i po półgodzinie znajdujemy się na
kempingu, gdzie wynajmujemy domek - piękny, pachnący świeżym drewnem, rewelacyjnie
położony domek. Jesteśmy zachwyceni… Prysznic. O, tak ciepły prysznic pomaga pozbyć się
zapachu spalenizny. Pakujemy rzeczy do Wołkowego samochodu i ruszamy na pizzę.
Jesteśmy bardzo zmęczeni, zadowoleni, jeden przez drugiego komentujemy przeżyte chwile i
zaśmiewamy się do łez. Po posiłku (pyszna pizza) wracamy do domu, gdzie siedzimy
degustując włoskie wina do późnej nocy.
Michał czuje się średnio, więc szykuję dla niego końską dawkę leków i pierwszy kładzie się
do ciepłego łóżeczka. Czuję, że zasypiam przy stole, jednak nie mam siły zmusić się do
wstania. Gdy budzę się, wszystkie butelki są puste i zostaje ogłoszona cisza nocna… grzecznie
ruszam do mojego wielkiego łoża…
Wstaję rano i wraz z Grzesiem i gotujemy włoską pastę. Wkrótce do kulinarnej ekipy dołącza
Michał, który przejmuje dowodzenie i bez mała wygania nas z kuchni. Na terenie kempingu
znajduję trampolinę i po chwili bawię się, jak dziecko. Bardzo szybko Siwy dołącza do mnie,
jednak zabawa nie trwa długo, ponieważ Michał wzywa nas na śniadanie! Pycha!!! Po
śniadaniu – sprzątanie i pakowanie. Ruszamy w drogę powrotną. Góry nikną, wkrada się
poczucie pustki, które próbuje wyprzeć satysfakcję z tego, co osiągnęliśmy. Nie zdobyliśmy
żadnej „czwórki,” jednak poradziliśmy sobie doskonale w bardzo, bardzo trudnych
warunkach. Takie doświadczenia mogą okazać się bardzo cenne w czasie naszych wypraw w
wyższe górskie rejony! Robimy zakupy we włoskim supermarkecie i przez Szwajcarię, Austrię
i Niemcy wracamy „do domu,” tym razem do Gryfina… O czwartej nad ranem odbieramy
klucze do kawalerki, w której wraz z Michałem przez jakiś czas będziemy mieszkać. Chłopcy
wracają do Szczecina, po drodze zahaczając o Raba, gdzie serwuje się ponoć najlepsze
kebaby… Oglądamy zdjęcia, meldujemy się rodzicom i idziemy spać…
Michał śpi. Robię zakupy, sprzątam, piszę relację. PUSTKA, TĘSKNOTA, PRAGNIENIE
POWROTU… Po południu przyjeżdża Grześ z Wołkiem, jemy naleśniki ( które „chodziły” za
mną przez cały wyjazd), oglądamy zdjęcia, przeżywając wszystko po raz kolejny… i
podejmujemy zdecydowaną decyzję, że na Boże Narodzenie wracamy do Alagny… Grunt to
mieć przed sobą ciekawą, kuszącą perspektywę…
Tekst: Dorota Konwińska
Zdjęcia: Michał Czerwiński, Dorota Konwińska, Łukasz Wołosewicz















