
ALPY BRECHDEGADEŃSKIE
Jeszcze cztery dni! Dziś kilka godzin przed komputerem i na telefonie, żeby załatwić dostęp
do pokoi zimowych z napisem AV-Schloss. Po kilku godzinach okazało się, że jesteśmy w
sekcji Alpenverein Austria. Dobre i to, choć w chwili obecnej, jeszcze nic nie wiadomo –
czekamy na wiadomość. Miejmy nadzieję, że uda się załatwić tak, że ktoś przekaże nam ten
klucz wieczorem we Wiedniu. Ciekawe, czy ktoś na to pójdzie ˘ Jeszcze jutro zaliczenie i
zostaną dwa egzaminy i obrona. Tyle jeszcze do zrobienia. Jutro Dzień Mamy.
Wyjazd, właściwie przed chwilą. Wracamy po raki, lepiej mieć niż, nie. Zapomniałam kupić,
musimy wziąć „pożyczone.” Jeszcze chwilka i dalej. Początek. Czego tym razem się o sobie
nauczę? Wyjeżdżamy przed północą. Wcześniej akcja „buty” – nowe buty Michała okazały się
być wadliwe i za pięć dwunasta wymieniliśmy je na inny model w sklepie. Uffff. Wszystko
spakowane, nic więcej się pewnie nie zmieści. Droga spokojna. Michał chory śpi – ma jeszcze
gorączkę. Żeby tylko nie padało.
Południe - Dienten Sattel. Wyruszamy. Padnięci i niewyspani. Pogoda w miarę dobra. Mijamy dosyć szybko Erichhütte. Grunt, że nie pada – jaka miła odmiana, że nie ma śniegu!!! Dosyć monotonnie pniemy się ścieżką na Hochscharte. Michał, jak zwykle przy podchodzeniu niegłodny, ja wprost przeciwnie. Ubieramy uprzęże, zakładamy lonże, wkładamy kaski i rękawiczki, chowamy kijki. Michał ma gorączkę. Ani na chwilę jednak nie przychodzi nam do głowy, żeby zawrócić, zatrzymać się i gdzieś się przespać.
Podchodzimy do początku ferraty... a więc jednak! To, co jeszcze do wczoraj widziane było
na necie – zmaterializowało się et voila! Mieszane uczucia – strach, podniecenie, adrenalina
– zerkamy na siebie i łobuzerski uśmiech dodaje nam sił, odwagi, bo chęci nie musi! Pierwsze
kroki na ścianie - hmmm wcale nie jest łatwo, wręcz przeciwnie idzie, jak krew z nosa. Na
szczęście z każdym krokiem rozkręcamy się coraz bardziej, skupieni, w swoim rytmie idziemy
eksponowaną granią. Nie trzeba nic mówić, uśmiech wystarcza. Jest dobrze! Widoki,
przestrzenie, lufty. Pogoda się trochę pogarsza i robi się późno, a końca ferraty nie widać.
Przyśpieszamy pokonując kolejne atrakcje – Jungfrausprung, czy Teufelsschlucht.

Strach jest wypierany przez ciekawość, adrenalinę i zmęczenie. Z wielkim niepokojem
reagujemy na pierwsze grzmoty i błyskawice. Szybsze tempo, by skryć się gdzieś w jakiejś
dziurze. Odpadam. Na szczęście lonża fantastycznie zrobiona przez Michała utrzymuje mnie i
nawet nie czuję otarć, ani zadrapań. Schodzimy pod tyrolkę, coraz głośniej grzmi i coraz
jaśniej się błyska. Michał wydeptuje półeczkę i szybko zdejmujemy uprzęże, lonże i wszystko
metalowe. Pierwszy moment krytyczny. Chowamy się pod folią NRC. Jest zimno, grzmi,
chyba pada. Dajemy sobie pół godziny czasu. O dwudziestej trzeba iść dalej, bo droga jeszcze
długa przed nami... gdy przez dziesięć minut nie słychać grzmotów ubieramy się i idziemy
szybkim krokiem naprzód.
Nie ma czasu, za chwilę zacznie się ściemniać. Idziemy ostrą, jak brzytwa krawędzią kolejnej
turni – wygląda, jak ostrze noża – nie możemy wyjść z zachwytu. Robi się coraz ciemniej i
zimniej. Jesteśmy przemoczeni. Dochodzimy do małego plateau. Ciężka przeprawa przez
śnieg – znowu lecę w dół – Michał, jak zwykle czuwa i pomaga wydostać się z opresji.
Zdejmujemy mokre ubrania, ubieramy się w suche rzeczy – nie jest tego za wiele i nie są to
ciepłe rzeczy – nikt takiej pogody praktycznie na początku czerwca nie przewidział. Zbieramy
się do dalszej drogi. Jest już ciemno. Oświetlamy trasę czołówkami. Dochodzimy do końca
poręczówki – reszta ginie w śniegu. Co dalej?! Spokojnie rozważamy wszystkie warianty:
1. Idziemy w górę – po omacku szukając drogi – niebezpieczeństwo: nawisy,
ześlizgnięcie z lawiną.
2. Schodzimy w dół – niebezpieczeństwo jak wyżej.
3. Siadamy i biwakujemy do rana – niebezpieczeństwo: zamarznięcie.
4. Wzywamy pomoc – nic nam przecież nie jest, jesteśmy zdrowi!
Analizujemy wszystkie za i przeciw. Po nieprzespanej nocy jesteśmy zbyt zmęczeni, aby iść w
dół, czy w górę po ciemku, w takich warunkach. Michał wydeptuje półeczkę rozkładamy folię
i przypinamy wszystko do poręczówki. Jest stromo, a jak coś by poleciało – to na zawsze!
Michał gotuje wodę do termosu, ja szukam jedzenia i próbuję nas okryć letnimi śpiworami.
Oczy zamykają się same, a wiadomo, że nie można spać. Jest dwudziesta czwarta trzeba
przetrwać te cztery, czy pięć godzin. Przykrywamy się jeszcze folią NRC, która co chwilę jest
podwiewana przez wiatr. Michał zasypia w pół każdego zdania, a ja się cały czas boję, że jak
zaśniemy to się nie obudzimy. Do herbaty wsypuję całe opakowanie cukru. Jest tak słodka, że
twarz wykrzywia się w grymasie. Wciskam Michałowi czekoladę i każę popijać tym słodkim, wrzącym napojem. Michał straszy, że zaraz wszystko zwróci, jednak jestem nieugięta.
Wydaje mi się, że to jest konieczne, aby przetrwać. Trzęsiemy się bardzo, rozcieramy
wzajemnie. Jest dosyć dramatycznie. W dole widzimy Dienten. Oświetlone ulice, domy, a
dalej doliny z dachem z chmur. Jest pięknie, spokojnie, cicho. Nie wiem, czy w takich
chwilach podsumowuje się swoje życie, nie wiem, co się myśli. Oczy zamykają się same i ciało
domaga się snu i ciepła. Wtulamy się z Michałem. W głowie pustka, tylko jak mantra
powtarzam zdanie „to się kiedyś skończy.” Znowu kolejna porcja czekolady i herbaty.
Otępienie. Przysypiamy oboje. Czas dłuży się niemiłosiernie.
Świt. Przeżyliśmy!!! Trzęsiemy się tak bardzo, że mamy trudności ze wstaniem. Jest zimno,
jeszcze nie pada, lecz nie zapowiada się na piękny dzień... Zbieramy się dosyć sprawnie – jak
na stan zdrowia Michała, nasze samopoczucie i siły. Michał toruje drogę. Kolejna decyzja –
ferrata, czy obejście góry. Idziemy w górę ferratą… oczywiście. Pokonujemy kolejną turnię,
na której szczycie z niedowierzaniem patrzę i widzę, że ferrata prowadzi przez następną
turnię – czeka nas zatem zejście i kolejna wspinaczka. Michał widzi to samo – błagalnym
wzrokiem proszę, żeby skłamał i powiedział, że nie musimy tam iść. Niestety. Nie mamy
innego wyjścia. Zaciskam zęby i idziemy dalej. Pogoda zmienia się drastycznie, sypie śnieg,
skały pokrywają się lodem – jest ślisko i niebezpiecznie. Bezsilność, łzy spływają po
policzkach. Nie czas na załamanie, trzeba iść naprzód. Zgrabiałe ręce w przemoczonych
ręczkawiczkach powoli przepinają karabinki na ferracie. Michał idzie przodem i co jakiś czas
przystaje, żebym do niego doszła. Jego bliskość dodaje otuchy i sił.
Po kilku godzinach dochodzimy do końca ferraty Königsjodler. Szukamy wzrokiem schroniska, jednak nie ma go
w zasięgu naszego wzroku. Na szczęście zauważamy tyczki, które mamy nadzieję znaczą
drogę na Hochkönig’a. Śnieg sięga nam do kolan, czasami zapadamy się po sam pas.
Wreszcie widzimy schronisko. Nie mam pojęcia skąd mamy tyle siły?! Jestem pod
schroniskiem pierwsza, kopię w drzwi i oczom mym ukazuje się wspaniały widok: wielkie
suche pomieszczenie, ogromne piętrowe łóżko i małe okienko. Porywisty wiatr zamyka drzwi
za Michałem. Jesteśmy uratowani, umordowani i uradowani. Ściągamy mokre rzeczy, jemy
kolację i kładziemy się pod stertą koców. Wreszcie jest ciepło i sucho. Sen morzy nas
natychmiast.
Rankiem nie wiem czy jest już dzień, czy jeszcze noc. Spaliśmy około czternastu godzin. Za
oknem biało – mgła, śnieżyca i huraganowy wiatr. Warunki są tak fatalne, że wszystkie
potrzeby fizjologiczne załatwiamy w schronisku i następnie wylewamy, tudzież wyrzucamy
na zewnątrz. Gramy w karty i „państwa miasta”. Wszystko boli tak bardzo… Mam czarne
kolana – furory w mini raczej bym nie zrobiła…
Wstajemy i szykujemy się do wyjścia. Niestety wiatr i śnieżyca nie ustępują. Dokonujemy
próby wyjścia na dwór i obejścia budynku. Wracamy po pięciu minutach – mokrzy i
przemarznięci do szpiku kości. Postanawiamy, że wyruszymy na dół jutro. Oszczędzamy
jedzenie, topimy wodę, jednak gaz się kończy. Michał znajduje dwie butelki z jakimś płynem.
Próbujemy go podpalić, jednak się nie udaje. Kilka kropel dostaje się do śniegu, który topimy.
Cała woda ma dziwny posmak – ohyda, jednak nie mamy nic innego. Przesypiamy większość
dnia, żeby nie jeść i nie pić. Naszykowaliśmy jedzenie na dwa dni, tymczasem już czwarty
dzień mija…

Budzę się z płaczem – potwornie boli mnie gardło i głowa, mam gorączkę. Michał każe mi nic
nie robić. Nie mam siły podnieść nawet głowy, po chwili zwlekam się jednak z łóżka i
wspólnie szykujemy się do wyjścia. Na zewnątrz wcale nie jest lepiej, niż wczoraj…nie mamy
jednak jedzenia, gazu ani picia, więc nie mamy wyboru musimy iść. Ubranie niestety
pozostawia dużo do życzenia – polar i pałatka przeciwdeszczowa to stanowczo nie jest strój
na taką pogodę, zwłaszcza gdy jest się do tego chorym. Wiążemy się liną, Michał prowadzi.
Na szczęście od czasu do czasu wiatr rozwiewa mgłę i po kilku godzinach dochodzimy do
gospodarstwa turystycznego Mittelfeldalm, gdzie przemiła Austriaczka częstuje nas swoimi
wypiekami. Piję gorącą herbatę, Michał jak zwykle colę. Wychodzimy ze schroniska i
wkładamy na siebie mokre kurtki przeciwdeszczowe. W strugach deszczu maszerujemy
malowniczo położoną ścieżką. Dochodzimy do drogi i po kolejnej godzinie marszu widzimy
samochód. Nareszcie! W bagażniku organizujemy „strefę mokrą” – wszystko, co mokre
wkładamy do bagażnika – jest wypełniony po brzegi. W majtkach wskakujemy do auta i
szybko ubieramy suche rzeczy. Gotujemy kolację – mamy tyle rzeczy, że nie wiemy, co mamy
wybrać! Wskakujemy do śpiworów (wzięliśmy po dwa, więc mamy po jednym suchym
śpiworku!) i zasypiamy. Jutro podejmiemy decyzję, co dalej.

Czuję się fatalnie, wszystko jest przemoczone… mieliśmy przecież jeszcze w planach
Dachstein i inne zakątki tej części Alp. Ech… Nie lubię, jak przeze mnie coś się nie udaje… nie
zapowiada się jednak, że pogoda się poprawi, zatem bez sensu jest zostawać. Jedziemy cały
dzień i wieczorem jesteśmy u Draka, od którego odbieramy zamówione rzeczy – plecak i
śpiwory. Będziemy musieli jeszcze dokupić sporo rzeczy przed wyjazdem na Kaukaz – przede
wszystkim goretexy, namiot, palnik. Spróbujemy załatwić to bezpośrednio od Janka. Jak to
jest, że ledwo człowiek zejdzie z jednej góry, już myślami znajduje się pod następną. Pasja?!
Może sposób na życie?!
Tekst i fotografie: Dorota Konwińska i Michał Czerwiński















